czwartek, 29 sierpnia 2013

Nie kupuj kota w worku



Kilka dni temu pisałam o tym, że kupiłam robota kuchennego, mąż się obraził, a samochód został umyty. Wspominała też o tym, że długo przymierzałam się do zakupu tego sprzętu, wybierałam porównywałam i po długich oczekiwaniach kupiłam. I co? 

Nigdy nie zrobiłam tylu ciast, placków, koktajli i innych smakołyków w ciągu kilku dni. Robot napracował się niemiłosiernie zwalniając z domowych obowiązków stary mikser, który nieco ze smutkiem został wystawiany na śmietnik. Marzyłam o nowym sprzęcie, a gdy nadszedł dzień pozbycia się starego zrobiło mi się przykro. Bo już taki wiekowy, bo niezawodny  bo całkiem dobry, bo moi rodzice robili mi nim kogel-mogel i ciasto na ukochane naleśniki. Jak można wystawić na śmieci takiego poczciwca? Łza zakręciła mi się w oku i przez chwilę chciałam upchnąć go z powrotem do szafki, ale mąż chwycił go w garść i wywalił do kubła. A nie mówiłam, że po kilku smakołykach i on doceni fakt, że robot zamieszkał z nami?

Robota doceniła też nasza córka, która codziennie na śniadanie pije sok z pomarańczy. Aby uniknąć wysoko słodzonych soków w kartonach wyciskamy jej codziennie sok ze świeżych owoców. Dla jednej małej szklaneczki nie ma sensu wyciągać wielkiej sokowirówki więc korzystamy z wyciskarki do cytrusów. Po tygodniu wyciskania soczystej pomarańczy zdezelowanym plastikowym ustrojstwem przypadkiem odkryłam, że w komplecie z robotem jest wyciskarka do soków. Jak mogłam wcześniej jej nie zauważyć? Jak mogłam tyle razy oglądać zawartość pudła i nie zorientować się? Dlaczego codziennie z dużym impetem wciskałam biedną pomarańczę w tępą wyciskarkę skoro mam nową? Dobrze, że nie wyrzuciłam jej do śmieci tak jak przykrywki do garnków Tefal Ingenio, bo nie zauważyłam  że była w pudełku. 

Czas na nowe szkła? 




środa, 28 sierpnia 2013

Ograniczenia w mojej głowie

Mieszkanie w M2 nie przeszkadzało mi przez lata. Lubiłam nasze mieszkanie, kojarzyło mi się z wieloma bardzo przyjemnymi momentami i nawet nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się stąd wyprowadzić. 

To tutaj kochaliśmy się z moim obecnym mężem pierwszy raz, gdy postanowił zrobić mi niespodziankę i odwiedził mnie tuż przed Bożym Narodzeniem z pudełkiem nieziemsko pysznych, ręcznie robionych pralin. Kilka godzin później wyjechałam do rodziny na dwa tygodnie i usychałam z tęsknoty. Rok później spędziliśmy w tym mieszkaniu pierwsze wspólne święta i razem ubieraliśmy choinkę. To własnie w tej niewielkiej sypialni poczęliśmy naszą córkę. Tutaj nasze maleństwo spało w maleńkiej kołysce i kąpało się w plastikowej wanience. Karmiąc kładliśmy ją na niewielkiej poduszce, która przy niej wydawała się sporą poduchą. Tutaj stawiała pierwsze nieporadne kroczki próbując pokonać dystans pomiędzy kanapą i stołem. Pierwsze upadki, siniaki i psoty. Pamiętam jak w całym domu pachniało tym kochanym małym człowiekiem. Tak dzidziusiowo i wspaniale. Leżąc w swoim łóżku słyszałam oddech córeczki i śmiałam się w głos, gdy ta mamrotała coś przez sen. 

Dzisiaj, gdy Tosia ma już kilka latek przestajemy się mieścić. Niespełna czterdzieści metrów bardzo nas ogranicza. Brakuje miejsca do zabawy, do spania, do pobycia samemu. Problematyczne stają się zwykłe codziennie czynności. Suszenie włosów gdy dziecko śpi jest wyzwaniem, bo suszarka potrafi ją obudzić. Zaproszenie znajomych na kolacje jest kłopotliwe, bo musimy być cicho by śpiąca tuż obok Tosia mogła wyspać się przed pójściem do przedszkola. Rozłożenie deski do prasowania nie idzie w parze z zabawą na podłodze bo nie ma miejsca. 

Złoszczę się i zastanawiam jednocześnie jak dawniej żyli ludzie? Jak mieścili się całymi rodzinami w tak małych mieszkaniach, mając większe meble, sprzęt AGD i nie posiadając worków do próżniowego pakowania nienoszonych zimowych ubrań? Czy taka powierzchnia naprawdę jest problemem? Czy ograniczenia te powstają w mojej głowie? A może zawsze żyło się tutaj mało komfortowo, ale szczęście i wspomnienia sprawiły, że nie widziałam minusów? 

Pęknie mi serce gdy będziemy sprzedawać nasze małe, przepełnione miłością gniazdko. 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Nieskuteczny system lodówkowy


Przez lata wszelkie ważne informacje zapisywałam na karteczkach, które następnie przypinałam magnesami do drzwi lodówki. Z czasem front chłodziarki był już taki zapełniony, że zapomniałam jaki ona ma kolor. Na drzwiach wieszaliśmy rachunki, awiza, pocztówki od przyjaciół, menu ulubionych restauracji, zdjęcia, recepty, skierowania i czasami mandaty. Przez bardzo długi czas system sprawdzał się znakomicie, a my płaciliśmy i załatwialiśmy wszystko w terminie. 

Jakież było moje zdziwienie, gdy wyjęłam ze skrzynki list z przychodni informujący mnie o tym, że zgodnie z wytycznymi kalendarza szczepień obowiązkowych moje dziecko powinno jakiś czas temu zostać zaszczepione w związku z czym proszona jestem o kontakt z pediatrą w celu udzielenia informacji czy dziecku szczepienie będzie podawane czy nie. Zdębiałam. Po pierwsze nie spodziewałam się faktu, że przychodnia pilnuje wizyt. Po drugie wiele naczytałam się o tym jak to Sanepid ściga nieszczepiących rodziców, a nas nie ścigał nikt. Po trzecie jak mogłam przegapić przyczepioną do lodówki kartkę przypominającą o upływającym dwa miesiące temu szczepieniu? No jak?

Przyjrzałam się drzwiom lodówki. Mnóstwo nieaktualnych informacji. Mandat za przekroczenie prędkości, którego nie zapłaciłam. Wyrównie za prąd, które umknęło mojej uwadze, informacja o szczepieniu i kilka innych ważnych blankietów, przypomnień i informacji. A na samym środku wielka kartka z napisem informującym o urodzinach przyjaciółki  Przegapiłam! Dlaczego system karteczkowy zawiódł? Przez tyle lat był skuteczny.

Być może kolorowe papierki dyndające na zamykanych i otwieranych drzwiach chłodziarki już tak nam się opatrzyły, że przestaliśmy zwracać na nie uwagę? 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Kuchenne rewolucje



Może trochę wstyd się przyznać, ale jestem miłośniczką wszelkich durnych programów telewizyjnych typu: "Kuchenne rewolucje", "Bitwa o dom" czy "Masterchef". Uwielbiam też na TLC program o pewnym włoskim cukierniku, który tworzy zapierające dech w piersiach desery. W ciągu dnia raczej nie mam czasu na siedzenie przed telewizorem więc wszelkie zaległości nadrabiam w nocy katując smart TV. 

Co więcej nie bardzo potrafię gotować i mój kuchenny repertuar nie jest zbyt imponujący więc oglądając przygotowane pyszności katuję swoje kubki smakowe. Oprócz posiłków, pięknych warzyw, kolorowych owoców i powodujących ślinotok deserów podziwiam coś jeszcze (i nie jest to Magda Gessler :-)). Z zachwytem przyglądam się nowoczesnym lodówką typu side by side. Moje zadowolenie wywołują gładkie jak tafla lodu płyty grzewcze indukcyjne i inteligentne piekarniki. I z jakiegoś powodu wierzę, że jak już takie będę miała to moje zdolności kulinarne wzrosną znacząco. 

W "Bitwie do dom" do furii doprowadzała mnie jedna rodzina, ale przyznać muszę,  że zrobiła piękną kuchnię. Być może nawet trochę z nich ściągnę. Przeglądam sprzęty i podoba mi się biały sprzęt AGD Mastercook ma takie indukcje, piekarniki i okapy. Wszystko z białego szkła. Piękne, lekkie, nieprzytłaczające, nowoczesne. Ależ się rozmarzyłam.

Fotka ze strony: www.mastercook.pl

Pierwsze zakupy



Na widok ogromnego pudła, które przytachałam ze sklepu mąż popukał się w czoło. Popsioczył pod nosem, pomarudził, uznał za wariatkę i poszedł myć auto. Czasem dobrze jest podnieść mu ciśnienie, bo przynajmniej samochód czysty. 

Obiecałam sobie, że przeprowadzając się do nowego domu nie będę zabierała większości starych klamotów. Przez lata nie kupowaliśmy nic nowego, oszczędzaliśmy wiedząc, że będziemy kiedyś się budować i zawsze wychodziliśmy z założenia, że do tego chwilowego mieszkania nie opłaca się czegoś kupować. I tak na moim blacie stoi stary ekspres do kawy, który cieknie z każdej strony i nie mogę doczekać się momentu wywalenia go do śmieci. W kuchennych szafkach skrywa się kilka innych takich perełek. Do dziś mam kupiony przez rodziców w 1986 roku robot kuchenny. Ciasto na naleśniki nim zrobię, pianę na bezę ubiję, bitą śmietanę do gofrów też, ale ileż można? Należy mu się odpoczynek. Po 27 latach ma prawo odejść na emeryturę.

Zawsze z nutką zazdrości oglądałam nowe sprzęty AGD. Wiedziałam, że solidny wielofunkcyjny robot kuchenny kiedyś będzie mój, ale perspektywa czekania na niego do przeprowadzki była dla mnie nie do zniesienia. Dostałam premie, oszczędzałam, nie wydawałam na pierdoły i natrafiłam dzisiaj na naprawdę korzystną promocję. Nie mogło być inaczej robot jest mój. Ma mnóstwo funkcji (jest też sokowirówka) i świetnie wpasuje się stylistyką do nowoczesnego wystroju nowej kuchni. A i mąż przestanie marudzić jak mu zrobię w weekend jego ukochane ciasto. 

Chyba zacznę już pomału kupować pozostałe rzeczy. Znając życie później okaże się, że budowa domu pożre więcej środków i na nic innego nie starczy. 

Fotka ze strony: www.philips.pl

sobota, 24 sierpnia 2013

Poznajcie Bilbo - nasz wymarzony dom

Nasz dom od strony ogrodu

Nasz dom od strony wjazdu

Fotki ze strony: www.domnahoryzoncie.pl

Tylko moja łazienka


W małym mieszkaniu zawsze irytował mnie fakt, że z mojej łazienki korzysta tak wiele osób. Miejsce, w którym robię wiele intymnych rzeczy powinno być tylko moje. Zdarza się, że gdy odwiedzający nas znajomy chce skorzystać z toalety biegnę pierwsza, aby sprawdzić czy przypadkiem  na wierzchu nie ma  wkładek laktacyjnych, płynu do higieny intymnej czy mojej bielizny. To dla mnie krępujące.  Do tego świadomość, że ktoś siada gołą pupą na mojej muszli klozetowej doprowadza mnie do szału. Jestem dziwna? Być może. 

Dlatego zastanawiając się nad tym jak powinien wyglądać mój wymarzony dom. I pierwszą myślą była osobna łazienka dla gości. Do mojej, wymarzonej, intymnej nie wejdzie nikt poza najbliższą rodziną. Już wiem, że będzie ona biała z delikatnym dodatkiem beżu. W rogu stanie duża wanna z hydromasażem, a pod umywalką znajdą się szafka Goodmorgon z Ikea. W pojemnych szufladach będą plastikowe przegródki, w których wszystko będzie cudownie poukładane, a nie powpychane w kosmetyczki jak teraz w moim trzy metrowym pokoju kąpielowym.

Na półkach staną świece zapachowe, delikatne światło sprawi, że podczas wieczornej kąpieli choć przez chwilę poczuję się jakbym była w SPA. Świadomość, że w tak intymnym miejscu nie ma innych ludzi, że nikt nie dotyka mojej szczoteczki do zębów, nie zagląda do szafki z tamponami i nie przygląda się mojej bieliźnie jest dla mnie bezcenna. 

Fotka ze strony: www.ikea.com

piątek, 23 sierpnia 2013

Wycieczka do sklepu



Nie przejdę obojętnie obok sklepu ze sprzętem AGD, meblami, farbami, lampami, garnkami, dywanami i wszystkim tym co będzie potrzebne do nowego domu. Choć wiem, że do przeprowadzki zostało jeszcze wiele długich miesięcy ja już nie mogę się powstrzymać by nie wybierać niezbędnych gadżetów. A że w każdym centrum handlowym znajdują się interesujące mnie sklepy to wyprawa po mąkę, mydło czy karmę dla psa zajmuje mi kilka godzin. 

Najwięcej ekscytacji budzą we mnie trzy pomieszczenia. Serce każdego domu - kuchnia, przestronna i intymna łazienka oraz sypialnia, w której z pewnością będzie się działo :-)
Zasypiając wyobrażam sobie jak te pomieszczenia będą wyglądały. Planuję każdy centymetr. W dzień przeglądam plany, rysuję, mierzę i kombinuję. 


Mieszkając w M2 zawsze musiałam wybierać rzeczy w wersji mini. Pralki typu slim, małe zmywarki, wąskie lodówki i niewielkie kanapy. Dosyć tego! Teraz wszystko będzie max. Już wiem, że na długim blacie w kuchni stanie mój wymarzony ekspres do kawy. Biała płyta indukcyjna będzie pięknym dodatkiem do nowoczesnego wnętrza, a w słupku stanie piekarnik do zabudowy i mikrofalówka. Obok pojemna i funkcjonalna szafka typu cargo. Koniec ze ściskaniem wszystkiego w pięciu małych szafeczkach. 

W salonie na 100% będzie duża rogówka i szezlong. Już sobie wyobrażam spotkania z przyjaciółmi i długie rozmowy do białego rana z kieliszkiem wina w ręku. Do tego tlący się kominek i widok z okna na las. 

Przez całe życie mieszkałam w blokach. Dla mnie życie w domu z ogrodem jest czymś wyśnionym, wymarzonym i ekscytującym. Oby ten czas szybko zleciał. 

Fotka ze strony: www.soundcloud.com

Ciasne, ale własne :-)



Budowa domu czy zmiana mieszkania zawsze wzbudza mnóstwo emocji. Po pierwsze to ogromny wydatek, który w większości przypadków będziemy spłacać przez kilkadziesiąt lat. Po drugie, perspektywa przeprowadzki do własnych czterech kątów daje nadzieję na nowe, lepsze życie.

Podobnie jest u nas. W prawdzie dom, który budujemy nie będzie wielki, ale to i tak ogromna odskocznia od naszego M2. W tym roku nie zrobimy też wiele, położymy dach, wprawimy okna i poczekamy do przyszłej wiosny. Ale radość towarzysząca budowie już jest tak wielka, że siedzę jak na szpilkach. Odliczam dni do przeprowadzki i pomału planują jak wszystko będzie wyglądało wewnątrz. Jaką kuchenkę wybrać? Czy ściany malować farbą, kłaść tapety czy ozdobne stiuki. A łazienka? Prysznic i wanna, czy zamiast obydwu rozwiązań jedno, za to podwójne. Za łazienką niewielka pralnia. Oglądać pralki ładowane od góry czy tradycyjne modele?

I właśnie z tej radości z przygotowań, z tego wielkiego podekscytowania i nadziei na lepsze, wygodniejsze życie zrodził się ten blog. Postanowiłam opisywać w nim wszystko to co przytrafi nam się w czasie budowy. Chcę móc opowiedzieć o radościach, smutkach i strachach. Zależy mi na tym, by wrócić tutaj po latach i przypomnieć sobie ile emocji, łez szczęścia, krwi i potu kosztowało nas postawienie naszego wymarzonego miejsca na świecie.

Zatem oficjalnie otwieram pamiętnik z budowy.

Fotka ze strony:www.123budujemy.pl