wtorek, 3 września 2013

Co do grosza





W zdecydowanej większości przypadków budowa domu wiąże się z wzięciem olbrzymiego kredytu. Nie inaczej było także u nas. Działkę posiadaliśmy już wcześniej więc przynajmniej ten koszt nam odszedł, ale resztę musieliśmy skredytować. Wypowiadane kwoty wydawały mi się kosmiczne. Zapisane cyfry przyprawiały o zawrót głowy, a ciągłe liczenie zer stresowało. Na pewnym etapie było mi już wszystko jedno. Sto czy dwieście tysięcy w tą czy drugą stronę nie robiło różnicy. Ostateczna kwota kredytu i tak wydawała mi się na tyle nierealna, że ilość zer przestawała mieć znaczenie. 

Gdy już upewniliśmy się jaka jest najlepsza oferta kredytów mieszkaniowych zaczęliśmy składać wnioski. Nasza dwójka i jeden doradca finansowy kontra analitycy bankowi. Masa dokumentów, papierów,zaświadczeń i oświadczeń sprawiała, że z dnia na dzień piękne marzenie o cudownym domu zaczęło zmieniać się w koszmar.  Nie rozumiem procedur. Nie jestem w stanie pojąć czemu bank z góry traktuje człowieka jak oszusta, który za wszelką cenę chce go przechytrzyć, oszukać, nie spłacić i uciec na jakąś małą wyspę na końcu świata? 

Posiadają państwo ziemię. O ziemia dużo warta. Super. Mają państwo pewne i dobrze płatne posady. Fantastycznie. Dysponują państwo klarowną i jasną historią bankową, a to duży plus. Wszystkie rachunki płacone w terminie, zdolność kredytowa na piątkę, brak zwolnień lekarskich o i duże premie uznaniowe. Szefowie są z państwa zadowoleni. Są państwo idealnymi klientami. Kredytu nie damy.  Jak to? Dlaczego? Bo co?
Na szczęście rynek kredytów hipotecznych długi i szeroki i nie ten bank to inny, ale niechęć, smutek i uraz do panów w sztywnych garniturach szczerzących się zza bankowego biurka została. 

Fotka pochodzi ze strony: soulkissestv.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz